(…) Ojciec
nie wychodził już z domu. Palił w piecach, studiował nigdy niezgłębioną istotę
ognia, wyczuwał słony, metaliczny posmak i wędzony zapach zimowych płomieni,
chłodną pieszczotę salamander, liżących błyszczącą sadzę w gardzieli komina. Z
zamiłowaniem wykonywał w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach
pokoju. O każdej porze dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty na
szczycie drabiny - majstrował coś przy suficie, przy kamiszach wysokich okien,
przy kulach i łańcuchach lamp wiszących. Zwyczajem malarzy posługiwał się
drabiną jak ogromnymi szczudłami i czuł się dobrze w tej ptasiej perspektywie,
w pobliżu malowanego nieba, arabesek i ptaków sufitu. Od spraw praktycznego
życia oddalał się coraz bardziej. Gdy matka, pełna troski i zmartwienia z
powodu jego stanu, starała się go wciągnąć w rozmowę o interesach, o
płatnościach najbliższego ,,ultimo”, słuchał jej z roztargnieniem, pełen
niepokoju, z drgawkami w nieobecnej twarzy. I bywało, że przerywał jej nagle
zaklinającym gestem ręki, ażeby pobiec w kąt pokoju, przylgnąć uchem do szpary
w podłodze i z podniesionymi palcami wskazującymi obu rąk, wyrażającymi
najwyższą ważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliśmy wówczas jeszcze
smutnego tła tych ekstrawagancji, opłakanego kompleksu, który dojrzewał w
głębi.(…)”
Rzadko kto tak pisze i właśnie dlatego należy ocalić od zapomnienia ten fragment, ale i całą prozatorską twórczość Schulza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz